Emocje, MÓJ PROCES, Ojcowska rana, Traumy dzieciństwa

Ból odrzucenia

Uff…Wiele się u mnie zadziało. Nie jest łatwo wracać po przerwie, tym bardziej, że czuje się jakbym dopiero co zaczęła sie budzić na wiosnę z mojego zimowego snu. Przychodzę dzisiaj z bardzo osobistym wpisem. Chce się podzielić w Wami procesem, który przechodzę.

Pisanie od zawsze było dla mnie formą terapii, odkąd sięgam pamięcią prowadziłam zawsze jakiś pamiętnik. Pisanie bloga jest w pewien sposób do tego podobne, chociaż nie do końca…. Tutaj swoje historie wysyłam w świat, do Was. Może dlatego taka forma jest dużo bardziej pomocna bo wreszcie mogę powiedzieć na głos rzeczy, które tłamsiłam w sobie od lat. Mogę opowiedzieć moją historię, moimi oczami, tak jak ja to pamiętam. I nikt mnie już nie uciszy, nikt mi już nie zabroni, nikt mi już nie powie, że wymyślam, że nie mam racji.

Tutaj na blogu czuje się swobodnie. Tutaj potrafię otworzyć się bez lęku i przelać wszystko, co się we mnie pojawia. Dużo trudniej jest mi jednak na sesji, na warsztacie, w grupie wsparcia… Tam tak nie potrafię. Tam paraliżuje mnie lęk i przerażenie. Tam boję się odrzucenia. Tam nie jestem na swoim terytorium – to ja przychodzę do innych, a nie inni do mnie. I to jest potwornie trudne bo boję się że nie zostanę zrozumienia, że zostanę odtrącona, że będę potępiona, wyśmiana…Wiem, że to bardzo mało prawdopodobne. Wiem, że sesje są po to, żeby mi pomóc, tak samo jak warsztat czy grupa wsparcia. Wiem to na poziomie świadomym, ale tam głębiej…to już zupełnie inna historia.

Ja wiem dobrze skąd ten lęk wypływa. Zobaczyłam to w sesji – zobaczyłam siebie, małą Kingusię stojąca pod ścianą w szkole. Samotna, wystraszona, pełna wstydu, niechciana…Widziałam pełne pogardy spojrzenia moich „koleżanek” z klasy, słyszałam ich szepty, ich śmiechy, czułam ten ból. Ból odrzucenia, upokorzenia przez ludzi, na których mi zależało. Pragnęłam jedynie ich sympatii, chciałam tylko być akceptowana. Zostałam jednak odcięta, zepchnięta na bok, wykluczona, pozostawiona sama sobie, w poczuciu że ja mam jakiś defekt, że to ze mną coś jest nie tak…

Byłam znowu tą Kingusią, czułam to od nowa. Byłam w jej skórze, tej niewinnej istoty, która została tak okrutnie skrzywdzona, tak niesprawiedliwe osądzona. Łzy ciekły mi po policzkach. Słyszałam ich głosy, widziałam ich zadowolone z siebie twarze, jakby wyrządzenie mi krzywdy było wspaniałą zabawą. Było mi tak potwornie przykro… To tak bardzo mnie bolało. Czy Wy wiedziałyście jaki zadajecie mi ból? Czy nie widziałyście mojego cierpienia? Pastwiłyście się nade mną beż żadnych skrupułów.

Ale to nie tam się zaczęło. Nie. Zaczęło się wcześniej….

To moja ojcowska rana. To mój własny tata porzucił mnie jakbym była nic nie warta. To tam zaczął się ten schemat. To ja brałam na siebie winę przez całe lata, myśląc że jestem nic nie warta, że nie zasługuję na jego miłość, jego uwagę, jego obecność…To tam uznałam, że skoro on nie chce mieć ze mną nic wspólnego, to ja muszę być do niczego. Muszę być popsuta. Wstydziłam się siebie. Płakałam. Wylewałam morze łez kiedy go zobaczyłam w swojej głowie. Stałam przed nim, mała Ja, zlękniona, pragnąca jedynie odrobinę uwagi, odrobinę akceptacji, odrobinę ciepła….jakiejkolwiek interakcji! Ale on był nieobecny, jak zawsze. Stał gdzieś tam w oddali, za grubym murem. Nawet nie potrafiłam poczuć swojej złości…Był tak daleko, taki niedostępny, bariera między nami. Tak jak zawsze. Tak. To właśnie on, taki wiecznie nieosiągalny. To on, któremu ja całe życie próbuje coś udowodnić. To on, za którego aprobatą wciąż gonię, to jemu wciąż się próbuję pokazać od jak najlepszej strony…

Biegam za Tobą tato, choć Ciebie to nie obchodzi, Ciebie nigdy nie ma. Chcę się Tobie przypodobać, chcę się poczuć w końcu coś warta, warta choć odrobiny Twojego zainteresowania. Chcę w końcu poczuć się ważna, wyjątkowa, chciana. Ty odszedłeś bez słowa, bez pożegnania. Zostawiłeś swoje dziecko, porzuciłeś jak stary grat, który już przestał być potrzebny, który przestał spełniać swoją rolę. Jak można zrobić coś takiego? Jak? Gonię za Tobą jak za wiatrem, staram się zapełnić tę wyjącą pustkę w moim sercu po tobie. Patrzę w oczy innych ludzi, ale szukam w ich spojrzeniach ciebie, twojej akceptacji. I panicznie boje się, że mnie odtrącą, tak jak Ty to zrobiłeś. Boje się że znowu okaże się nie dość dobra, że nie będę dla nich wystarczająca, tak jak nie byłam dla ciebie. Przepełnia mnie to lękiem, tak bardzo mnie to boli. Odrzucam innych, odcinam się do nich, zanim oni odrzucą mnie. Bo muszą odrzucić, tak jak Ty to zrobiłeś, tylko to jest dla mnie znajome, tylko do takich osób mnie ciągnie. Do tych nieosiągalnych, do tych, którzy nieuniknienie mnie skrzywdzą. Co za komedia, co za tragedia…Tak, tato, spójrz na to! Wybrałeś alkohol, wybrałeś siebie, swoją wygodę, nie patrząc na konsekwencje, nie zastanawiając się dwa razy…Spójrz na to co mi zrobiłeś! Popatrz! Nie boję się powiedzieć tego na głos, już dosyć tego ukrywania, tłumienia, wypierania, wybielania, udawania. Dosyć tego! To Ty mnie zawiodłeś, a nie ja Ciebie. Biedne, małe dziecko, które czekało na Ciebie z utęsknieniem, maleńka Kingusia we mnie, wciąż wypatrująca Ciebie…

Widziałam jej wielkie oczy przepełnione łzami, żal rozrywający serce, złamany duch… Tak bardzo było jej przykro, to tak bardzo ją bolało. Widziałam Ją, maleńką Kingunie, jak stoi przed ojcem, a jego nie ma… Tak jak zawsze. Rozmyta, niewyraźna postać. Nawet jak byłeś, to Cię nie było, tato. Tak. Tak to tutaj wszystko się zaczęło. Tak, to przez Ciebie powtarzałam w kółko do znudzenia ten sam schemat, przyciągałam ludzi, którzy mnie odrzucają, ranią, tak jak Ty to robiłeś. Obwiniałam siebie, za to że mnie nie lubią, obwiniałam siebie, za to że Ty nie chciałeś mieć ze mną kontaktu…Tak, musiałam wziąć winę na siebie, byś Ty mógł pozostać w mojej głowie idealny. Czekałam na Twój powrót. Byłeś niczym święty w tej swojej otoczce niewinności, całkowicie niedostępny, pozbawiony jakiejkolwiek winy. Ty sobie nigdy nie miałeś nic do zarzucenia…jak cię złapią za rękę mów że to nie twoja…czy to nie twoje własne słowa? Ja mam już tego dosyć! Jakimś cudem Ty zawsze wychodzisz z wszystkiego najmniej poruszony.

I nawet nie wiesz, tato, ile ja łez wypłakałam, ile zniosłam, ile się nacierpiałam. Tylko w imię czego? W imię wymuszonej akceptacji od ludzi, którzy mieli mnie gdzieś! Tak, latałam za nimi, zawsze w gotowości by pomóc, zawsze dostępna. A oni brali to ze mnie, ciągnęli ile się dało, a później śmiali mi się w twarz! Obgadywali za plecami, wytykali palcami, wylewali na mnie swoje brudy, swój własny toksyczny wstyd. Przychodzili tylko kiedy potrzebowali czegoś ode mnie. Stałam się dla nich idealnym kozłem ofiarnym ze swoją wielką raną odrzucenia. Byłam ich workiem treningowym. Byłam wycieraczką dla ich stłumionych emocji, dla ich frustracji, gniewu, żalu, wstydu…Brałam to wszystko na siebie, brałam to w zamian za okruchy ich akceptacji. Brałam to, bo myślałam że na nic lepszego i tak nie zasłużę. Och, bolało. Dopiero teraz, w sesji, przypomniałam sobie jak bardzo…Skrzywdzone dziecko, które nigdy nie miało szansy opowiedzieć swojej historii. Nie było nikogo kto chciałby wysłuchać, nikogo kto stałby po jego stronie. Wszyscy odwracali tylko wzrok, wszyscy kładli winę na mnie…

Pamiętam siebie dokładnie, jak stoję na schodach w szkole i zalewam się łzami bo nikt nie chce ze mną rozmawiać. Stoję tam i płaczę z tej bezsilności i bólu, płaczę i patrzę jak moje „koleżanki” naradzają się co zrobić bo mój nagły płacz wprawił ich w osłupienie. Małe, bezbronne dziecko, które zanosi się płaczem. Ani jedna osoba się nie zatrzymała by zapytać co się stało. Nikt. Tabuny dzieci, rodziców, nauczycieli przewijały się przez miejsce, w którym stałam. Nikt nie zwrócił uwagi. Jakbym była  niewidzialna! Tak, całe życie niewidzialna…nie warta niczyjej uwagi. Wiecznie wbijana w poczucie winy. Wiecznie przekonywana, że to ja muszę się zmienić, dostosować….bo nieśmiała, bo zamknięta, bo zbyt wrażliwa… NAPRAWDĘ?! Wtedy nie wiedziałam, że to była przemoc! Dzisiaj już wiem.

Dzisiaj wiem, że to są moje rany. To są moje krzywdy. To jest moja historia. Już dłużej nie będę siedzieć cicho. To ja tutaj byłam ofiarą! Nie będę trzymać tego w sobie, żeby innym było wygodnie. Nie. Nie mam już siły tego nieść. Już wystarczy, już mam dosyć.

W sesji widziałam siebie, małą Kingunie, która tonie w rozpaczy, która nie rozumie, która jest wściekła na niesprawiedliwość tego świata. Wzięłam ją w ramiona i płakałam razem z nią. Wreszcie ktoś do niej przybył, wreszcie ktoś ją zauważył, wręczcie ktoś poświęcił jej uwagę. Byłam przy niej i tuliłam ją zapewniając, że może to wszystko w końcu poczuć, że ma do TEGO prawo. W końcu liczy się jej wersja zdarzeń. Nikt już nie ma prawa jej mówić, co ona może czuć, a co nie. Jaka ma być, a jaka nie. Ja do niej przybyłam. Ja do niej przybyłam bo już dłużej nie mogę bez niej żyć. Ja się teraz Tobą zajmę, kochanie. Ja ciebie wysłucham, ja Ci wierzę. Tak. Już nie jesteś sama, ja stoję po twojej stronie.

Ty nie potrafiłeś, tato. Ty mnie zostawiłeś. Ulotniłeś się bez śladu…Tak, to Ty ponosisz winę. Tak, to Ty mnie skrzywdziłeś. To Ty mnie zawiodłeś. Tak. To Ty ustawiłeś dla mnie ten przykład, że jestem nic nie warta. To przez ciebie dawałam się traktować jak śmieć. Już nie pozwolę mojej Kingusi brać winę na siebie, o nie. Już wystarczy. Ja się teraz nią zajmę, Ty nie potrafiłeś być ojcem, Ty nosiłeś w sobie swoją własną nieprzepracowaną historię. Ty mi nie dałeś tego, co powinienieś. Teraz już za późno. Teraz już tego nie potrzebuję. Uwalniam się z tego. Teraz ja się mogę zająć sobą samą, tak jak Ty nigdy się mną nie zająłeś. Teraz ja mogę ukochać to cudowne dziecko we mnie, którego wyjątkowości nie było Ci dane poznać. Ja już nie będę nosić Twoich ran. Zwracam to Tobie.

Tak. Wy ze mnie drwiłyście, wy stosowałyście emocjonalną przemoc, koleżanki. Teraz już wiem, że to był Wasz własny ból, wasze własne rany. To nie o mnie mówiłyście te potworne rzeczy, tak naprawdę to było o Was samych. To była Wasza historia, którą zrzuciłyście na mnie, wasze własne stłumione emocje. Ja Wam to zwracam. Ja już nie będę tego nosić dłużej w sobie. Już nie mogę. Uwalniam się z tego. Oczyszczam.

Ja już nie pozwolę dłużej wierzyć Kinguni, że to jej wina. Nie. Ona jest niewinna, ona jest warta, ona jest kochana. Ona zasługuje na wszystko co najlepsze. Jestem tutaj dla niej. Po raz pierwszy w życiu ona nie jest już sama. Po raz pierwszy w życiu liczy się jej historia, jej uczucia, tak jak ona to pamięta. I nikt już nie ma prawa jej powiedzieć, że wcale tak nie było, że nie miała prawa czuć tego co czuła, że przesadza, że jest przewrażliwiona, że wymyśla. Nie.

Ja Ciebie kocham, ja Ciebie akceptuję, taką jaką jesteś. Ja znam Twoją prawdę i nie pozwolę jej już nigdy zagłuszyć.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *